święty

na walizkach

MARTA WIELEK
Matka Bronisława, przełożona sióstr norbertanek, podniosła się z kolan. Po raz kolejny tego dnia spojrzała przez okno swojej celi w stronę krakowskiego klasztoru Braci Kaznodziejów, potem popatrzyła jeszcze na trakt łączący Zwierzyniec z miastem. Od ponad tygodnia siostry z niepokojem wyczekiwały wieści z dominikańskiego klasztoru

Dziewięć dni wcześniej, 6 sierpnia, tuż po uroczystości św. Dominika, sędziwy brat Jacek zasłabł nagle i od tej pory jego stan z każdym dniem się pogarszał. Chociaż Bronisława była kobietą wielkiej wiary, odetchnęła z ulgą, gdy nie zobaczyła nikogo na drodze. Oznaczało to, że Jacek ciągle jeszcze żyje. Był dla niej nie tylko bliskim krewnym, pochodzącym z tej samej linii śląskich Odrowążów, ale też duchowym opiekunem. Dwadzieścia lat starszy od Bronisławy Jacek był już kanonikiem krakowskim, gdy ona rozważała wstąpienie do norbertanek, pierwszego żeńskiego zakonu w Polsce. U niego właśnie zasięgała rady w sprawie swojego powołania.

czasy niespokojne

Urodzony prawdopodobnie w 1184 r. Jacek przybył do Krakowa wraz ze swoim o cztery lata starszym bratem Czesławem pod koniec lat dziewięćdziesiątych XII w. Z rodzinnego Kamienia Śląskiego sprowadził ich stryj Iwo Odrowąż, duchowny, późniejszy biskup i książęcy kanclerz. Młodzi Odrowąże mieli ukończyć szkołę katedralną na Wawelu, a potem zająć stanowiska kurialne w Krakowie i Sandomierzu. Taką karierę w porozumieniu z Iwonem planowali dla nich rodzice, Beata i Eustachy. W tym czasie niektóre rody moż-nowładców mocno zabiegały o to, by zmonopolizować urzędy świeckie i kościelne. Dawały one realne możliwości rządzenia, w czasie gdy sytuacja polityczna Polski była bardzo niestabilna. Polska podzielona przez Bolesława Krzywoustego (w 1138 r.) na dzielnice była terenem nieustannych wojen toczących się między jego potomkami.

Najbardziej ucierpiał na tym Kraków, który był stolicą dzielnicy senioralnej (przypadającej najstarszemu z Piastów). Każdy, kto panował na tym tronie, rościł sobie prawo do zwierzchnictwa także nad pozostałymi dzielnicami. Dlatego na Wawelu było najmniej spokojnie. Ucząc się w szkole katedralnej, Jacek oglądał te walki z bliska. Tylko w ciągu kilku lat jego nauki, Wawel przechodził z rąk do rąk kilkanaście razy. Członkowie poszczególnych rodów tworzyli stronnictwa wspierające książęta finansowo i militarnie, oczekując w zamian przywilejów lub majątków ziemskich. Również między nimi toczyły się nieustanne spory, w których nierzadko posuwano się nawet do zabójstwa. Jacek, przyglądając się temu, mógł nabrać niechęci do uczestnictwa w życiu politycznym. Może kiełkowała w nim myśl, że jego kapłaństwo nie na tym powinno polegać, i rodziło się pragnienie czegoś więcej.

Niemały wpływ na jego sposób myślenia musiał mieć także biskup Wincenty Kadłubek, który był wtedy przełożonym szkoły katedralnej na Wawelu. Zdobywał swoją wiedzę w zachodniej Europie i chętnie się nią dzielił. Był typem fascynata, który zarażał wszystkich pragnieniem poznawania Boga i świata. Stworzył wokół siebie środowisko ludzi pożądających wiedzy. Należał do niego na pewno Iwo Odrowąż, intelektualista o szerokich, europejskich horyzontach, który śladem swojego mistrza zdobywał wykształcenie na Zachodzie. Studiował m.in. w Bolonii, gdzie zaprzyjaźnił się z Hugolinem Contim, późniejszym papieżem Grzegorzem IX. Te dwie osoby: Wincenty Kadłubek i Iwo Odrowąż, nauczyły Jacka nowego sposobu myślenia o Kościele, co pozwalało mu patrzeć na problemy polskiego Kościoła z szerszej perspektywy.

sobór na Lateranie

Zarówno biskup Kadłubek, jak i Iwo dużo podróżowali, a po powrocie dzielili się z uczniami swoimi spostrzeżeniami. Podobnie musiało być też po obradach IV Soboru Laterańskiego, na które zobowiązani byli przybyć biskupi, opaci i przełożeni zakonni z całej chrześcijańskiej Europy. Sobór ten uznano za przełomowy ze względu na podjęte tam postanowienia. Oprócz walki z herezją i wezwania do kolejnej krucjaty sobór zajął się także powszechną reformą Kościoła. Jednym z postanowień było zobligowanie biskupów do dbania o wykształcenie i moralność podległych im duchownych. Na soborze tym prawdopodobnie relacjonowano też działalność św. Dominika na terenie południowej Francji. Świadczy o tym treść kanonu X postanowień soboru. Zaleca on duchowieństwu nowy sposób kaznodziejstwa oparty na pogłębionej studiami wiedzy teologicznej. Bezpośrednim skutkiem tego postanowienia było powstanie nowych bractw zakonnych - ascetycznych, żyjących w miastach, głoszących kazania w parafiach i na placach miejskich, nauczających na uniwersytetach. Ponieważ utrzymywały się one z tego, co wyprosiły, nazwano je zakonami mendykanckimi (od łac. mendicare - żebrać). Byli to franciszkanie i dominikanie.

O ile przedstawiciele Europy Zachodniej za najbardziej dotkliwe problemy uznawali tarcia między władzą świecką i duchowną oraz wędrujących głosicieli herezji (waldensów i katarów), o tyle dla obecnych na soborze polskich biskupów Iwona i Wincentego bardziej interesujące były zapewne postulaty reformy. Podstawowym problemem polskiego Kościoła nie były bowiem herezje, ale sprawa pogłębienia bardzo jeszcze powierzchownego - nie tylko wśród mas - chrześcijaństwa. W XIII w. Kościół w Polsce stawiał dopiero pierwsze kroki na drodze uniezależnienia się od władzy świeckiej. Poszczególni biskupi, członkowie rodów, w zamian za poparcie dla konkretnego księcia uzyskiwali od niego przywileje. W walce o własną pozycję polityczną i ekonomiczną posługiwali się czasami nieewan-gelicznymi metodami. Iwo bardzo mocno zapalił się więc do pomysłu nowego duszpasterstwa. Prawdopodobnie podczas obrad soboru zetknął się osobiście ze św. Dominikiem, którego łączyła bliska więź z Hugo Contim. Można sobie tylko wyobrazić, z jakim zapałem musiał opowiadać potem w Krakowie o soborze i nowych metodach duszpasterskich Dominika. Być może już wtedy w głowach młodych kanoników Jacka i Czesława zrodziła się myśl, by kiedyś dołączyć do grupy wędrownych kaznodziejów.

Tymczasem ukończyli szkołę katedralną i otrzymali święcenia kapłańskie. Jacek został kanonikiem katedry krakowskiej, a Czesław kanonikiem i kustoszem kolegiaty sandomierskiej. Wkrótce jednak Jacek wyjechał na studia do Bolonii. Być może chciał zasmakować intelektualnej atmosfery, o której tak wiele słyszał, a może pojechał, by zapoznać się z dziełem Braci Kaznodziejów, tak aktywnie działających na Uniwersytecie Bolońskim? Nie wiadomo, czy spotkał tam Dominika, ale nie mógł nie zetknąć się z jego uczniami.

„Poślij mnie!"

Na pewno natomiast doszło do spotkania - już drugiego - z założycielem Zakonu Kaznodziejskiego Iwona Odrowąża. W 1218 r. Iwo ponownie podróżował po Europie, wędrował między Bolonią, Rzymem i Paryżem. Podczas tej podróży zawiadomiono go, że biskup Kadłubek wstąpił do cystersów i zrezygnował z biskupstwa w Krakowie. Ponieważ Iwo był typowany na jego następcę, musiał wracać. Spodziewając się objęcia biskupstwa w Krakowie, spotkał się z Dominikiem i poprosił go, by przysłał do Krakowa swoich braci. Chociaż św. Dominik marzył o nawracaniu ludów pogańskich na północy Europy, musiał odmówić. Zgromadzenie zostało zatwierdzone dopiero dwa lata wcześniej i nie miało jeszcze wystarczającej liczby zakonników, by podołać takiej misji. Obiecał jednak, że jeśli ktoś z ludzi Iwona przyjmie habit dominikański, to po odbyciu nowicjatu zostanie wysłany do Polski.

Czy Iwo pomyślał wtedy o swoich wychowankach? Czy podzielił się z nimi swoimi planami? Być może. Gdy rok później wyruszał po raz kolejny do Rzymu, zabrał ich ze sobą. Chciał zapewne, by osobiście poznali Dominika, resztę pozostawiając woli Bożej. Nie przypuszczał, że Bóg zechce zadziałać tak wyraźnie.

Kiedy przybyli do Rzymu w lutym 1220 r., trafili na szczególne wydarzenie. W środę popielcową, Dominik w uroczystej procesji przeprowadzał siostry z klasztoru na Zatybrzu do nowego domu przy kościele św. Sykstusa. W pewnym momencie w tłumie rozeszła się wiadomość, że jeden z krewnych uczestniczącego w procesji kardynała Stefano spadł z konia i skręcił kark. Głęboko poruszony tym nieszczęściem Dominik odprawił w jego intencji Mszę św., a potem długo jeszcze modlił się przy zwłokach zmarłego. Po kilku godzinach młodzieniec wrócił do życia.

Nawet jeśli do tej pory Jacek wahał się, czy wstąpić do Zakonu Kaznodziejów, teraz nie miał już żadnych wątpliwości. Na jego oczach Bóg wskrzesił człowieka na prośbę skromnego mnicha w białym habicie! Dotąd Jacek mógł podziwiać w Dominiku zapał, ideę wędrownego kaznodziejstwa, to było jednak za mało, by podjąć decyzję o wstąpieniu do zakonu. Być może było w nim silne pragnienie przystąpienia do tego zgromadzenia, ale bał się zawieść tych, którzy widzieli w nim następcę stryja. Niewątpliwie to, co zobaczył w Rzymie, było punktem zwrotnym w jego życiu. Wtedy był już pewien, że chce robić to, co Dominik, chce być taki jak on. Lektor Stanisław, pierwszy biograf św. Jacka, twierdzi nawet, że dopiero w tym momencie zrodziło się Jackowe powołanie. Według niego Iwo Odrowąż wstrząśnięty wskrzeszeniem młodzieńca zaprosił kaznodziejów do Polski. Kiedy w odpowiedzi Dominik skarżył się, że nie ma kogo posłać, wtedy podszedł do niego Jacek i oświadczył: „Oto ja! Poślij mnie!". Dzisiaj wiemy, że Iwo rozmawiał z Dominikiem dużo wcześniej, a i Jacek słyszał już o nim sporo. Niewykluczone jednak, że poruszony cudem Jacek rzeczywiście publicznie przystąpił do Dominika, prosząc o posłanie do Polski.

pierwsze rozesłanie

Wraz z Jackiem do zakonu wstąpiło także dwóch innych członków świty biskupa Odrową-ża: Czesław i Herman Niemiec. Ponieważ dom w Rzymie dopiero się organizował, wkrótce po obłóczynach cała trójka udała się do Bolonii. Stamtąd - po rocznym przygotowaniu - następca Dominika, Jordan, wysłał ich na misje. Na początku czerwca 1221 r. mała, ośmioosobowa grupka ruszyła na północny wschód. Jacek musiał się bardzo wyróżniać spośród towarzyszy skoro postawiono go na czele wyprawy, mimo że uczestniczył w niej na przykład starszy od niego i bardziej doświadczony w kapłaństwie Czesław. Szli o żebraczym chlebie, zatrzymując się w większych miastach, by głosić Ewangelię i zjednywać ludzi Bogu. Bardzo gościnnie zostali przyjęci w mieście Fryzak, na pograniczu krain Styrii i Karyntii. Zgłosiło się wówczas do nich tak wielu kandydatów na zakonników, że Jacek postanowił w tym miejscu założyć klasztor. Zostawił tam jednego z towarzyszących mu kapłanów oraz Hermana Niemca i ruszył dalej. Jak biegła trasa, którą podążał? Nie wiadomo. Szli najprawdopodobniej doliną Mołdawy do Pragi. Tam Jacek zostawił Czesława, by organizował kolejny klasztor, sam zaś ruszył do Krakowa.

Do Krakowa dotarł w 1221 r. na Wszystkich Świętych. Na początku zamieszkał wraz z kilkoma braćmi na Wawelu. Dopiero w marcu następnego roku przeniósł się do klasztoru postawionego przez krakowian poza murami grodu. Nadarzyła się ku temu doskonała okazja - przebudowywano całe miasto. Kraków, do którego przybył Jacek, był luźnym skupiskiem domów, w którego centrum znajdowało się małe targowisko i sąsiadujący z nim kościółek Świętej Trójcy. Ponieważ od dwudziestu lat panował tu względny spokój, coraz częściej targowisko przyciągało kupców nie tylko z okolicznych wiosek, ale także z dalszych stron. Podgrodzie zaczęło się rozbudowywać. Wymagało to przeorganizowania i nowego rozplanowania jego terenu. Postanowiono wybudować nowy kościół parafialny pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny (dzisiejszą Bazylikę Mariacką), a w jego pobliżu urządzić większe targowisko (dzisiejszy Rynek Główny). Iwo przekazał więc kościół Świętej Trójcy dominikanom.

Jacek całym sobą zaangażował się w budowę tego klasztoru. Reprezentował zakon przed krakowską kapitułą katedralną, szukał materiałów budowlanych, prawdopodobnie wędrował też po okolicznych wsiach, szukając robotników lub pomocy finansowej albo zwyczajnie prosząc o jedzenie dla swoich braci. Niezwykłe musiało to być doświadczenie dla Odrowąża! Był przy tym tak naturalny, tak swobodny, miał w sobie tyle serdeczności i cierpliwości, że ludzie przyjmowali go jak swojego, otwierali się przed nim, opowiadali mu o swoich codziennych problemach. On zaś głosił im Jezusa, który pochyla się nad najmniejszym i najbardziej potrzebującym, dla którego ważna jest bieda każdego człowieka. Głosił Go przebywaniem razem z nimi, modlitwą i… cudami. Lektor Stanisław zanotował m.in., że Jacek wskrzesił niejakiego Piotra z Proszowic, przywrócił mowę kobiecie z Kościel-ca, uzdrowił umierającą.

Gdy wracał na noc do klasztoru, długimi godzinami modlił się w kościele. Podczas jednej z takich nocy objawiła mu się Matka Boża. Zapowiedziała wówczas, że wysłucha każdej prośby, którą do niej zaniesie. Jego szczególne nabożeństwo do Maryi zapisało się w pamięci ludzi. Niezwykle ważna była dla niego Eucharystia i indywidualna spowiedź (która została wprowadzona na IV Soborze Laterańskim). Były to trzy filary jego duchowości. Dbał o rozwój duchowy i intelektualny braci. W krakowskim klasztorze dominikanów powstało pierwsze w Polsce studium teologii.

- fragment


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl