byle serce

za nogami nadążało

KRZYSZTOF BIELAWSKI
Thomas Merton podczas swej podróży do Azji - pierwszej i ostatniej - zapisał: „nasza prawdziwa podróż przez życie odbywa się w nas"1. To niezwykłe, że amerykański poeta, mistyk i mistrz duchowy poczynił taką notatkę podczas swej jedynej podróży poza klasztor, w którym spędził 28 lat. Rozumiał tę podróż jako pielgrzymkę i rzeczywiście stała się ona jego pielgrzymką do miejsc świętych - tyle że nie chrześcijańskich. Doświadczył w nich przeżyć mistycznych, przemieniających całkowicie jego wewnętrzny świat. Dotarcie do świętych miejsc, spotkania z ludźmi, takimi jak Dalajlama, stały się dla niego punktem zwrotnym w duchowych poszukiwaniach

Bez tych podróży nigdy nie wykonałby kroku w głąb własnej duchowej jaźni. Pielgrzymka okazała się owocna. A jednak: „prawdziwa podróż odbywa się w nas". Czy słowa te napisał jedynie kontemplacyjny mnich powodowany mniej lub bardziej uświadomionymi wyrzutami sumienia związanymi z opuszczeniem pustelni, którą zresztą dopiero co wywalczył u przełożonych? Bardzo możliwe, jego postawa zwraca jednak również myśl ku nurtom chrześcijańskiej duchowości, których przedstawiciele, znacznie dobitniej niż on, nie tylko akcentują rolę wewnętrznego doświadczenia, nie tylko przedkładają je ponad wszelkiego rodzaju zewnętrzne podróże, ale wprost zdają się twierdzić, że pielgrzymki de facto stoją na przeszkodzie prawdziwemu wewnętrznemu rozwojowi. Autorytetu wielkich Ojców Kościoła, mistrzów duchowych - jak Tomasza a Kempis - czy wreszcie lakonicznego „Katechizmu Kościoła Katolickiego" nie należy chyba ignorować. Ich przestrogi przypominają busolę na drodze duchowego rozwoju, który - jak wszystko, co ludzkie - ma skłonność do omijania tego, co trudne i wymagające, na rzecz łatwych i dających samozadowolenie rozwiązań.

spadkobiercy pogan

Wewnętrzna potrzeba odwiedzania świętych miejsc, grobów, miejsc objawień towarzyszy człowiekowi religijnemu od bardzo dawna i znacznie wyprzedza w tej kwestii chrześcijańską wynalazczość. Można zaryzykować twierdzenie, że chrześcijańskie pielgrzymki jako wyraz pobożności ludowej (do tej kategorii zalicza je „Katechizm Kościoła Katolickiego", p. 1674) stanowią bezpośrednią kontynuację, wypełnioną jedynie nową treścią, potężnego ruchu znanego i Grekom, i Żydom. Porównawcza analiza socjologiczna zjawiska pielgrzymek pogańskich i chrześcijańskich, ich infrastruktury, systemu organizacyjnego, noclegowego, żywieniowego i finansowego byłaby fascynująca i prawdopodobnie odsłoniłaby identyczność motywów, celów i przebiegu tych demonstracji pobożności, wynikających z jakiejś religijnej, głęboko ludzkiej potrzeby. Nie powinno być to jednak przyjmowane jako deprecjacja ruchu pielgrzymkowego, ale raczej jako jego pogłębienie.

Grecka starożytność znała niemal od mitycznego „zawsze" uroczyste procesje i pielgrzymki: podróżowano do Delf - zarówno w celu zasięgnięcia rady wyroczni, jak i bezinteresownego uczczenia Apollona; do sanktuarium Asklepiosa w Epidauros schodzili się chorzy z całej greckiej oikoumene, by prosić o uzdrowienie; do Artemidy w Efezie pielgrzymowały tłumy w oczekiwaniu cudów lub choćby po to, by nabyć leki i amulety, o czym naocznie przekonał się sam św. Paweł (Dz 19, 24-40). Trzy wieki później to samo miasto nadal przyjmowało pielgrzymki i wychodziło naprzeciw tym samym oczekiwaniom, tyle że w miejscu świątyni Artemidy stał już kościół św. Jana Ewangelisty. Pielgrzymki pogańskie były zawsze uroczystościami pełnymi wesołości, śpiewów i tańca. Stanowiły jeden ze sposobów „świętowania"; nie było w nich zbyt wiele ascezy i wyrzeczenia. Pielgrzymki chrześcijan stosunkowo wcześnie nabrały natomiast charakteru zdecydowanie pokutnego, akcent ze świętowania przesunął się w stronę ascezy i wyrzeczeń. W pogańskiej Grecji na pierwszym planie była radość z odbywanej drogi, w pielgrzymkach chrześcijańskich - jej trudy.

O popularności pielgrzymek wiemy dobrze z wielu starochrześcijańskich źródeł, mamy nawet obszerne opisy takich wypraw. Trudno jednak byłoby na podstawie tych źródeł stworzyć spójny obraz „teologii" pielgrzymek. W jakiejś mierze były one konsekwencją wiary w Chrystusa - prawdziwego Boga, ale i prawdziwego człowieka. Miejsca, w których przebywał, nosiły na sobie boskie znamię Jego obecności, pamiętały Jego dotyk i samo to mogło powodować potrzebę fizycznego zetknięcia się z miejscami i przedmiotami, które pozostawały w Jego bezpośrednim otoczeniu. Stąd popularność pielgrzymek do Ziemi Świętej. Św. Hieronim - biblista i egzegeta - zachęcał do podróżowania do Ojczyzny Chrystusa, by lepiej zrozumieć słowa Pisma, opisy miejsc i wydarzeń. Zalecenia te mają charakter zdecydowanie duchowy i sam Hieronim takie podróże odbywał, tym niemniej jego podejście jest dość nietypowe. W swych notatkach jednakową uwagę poświęca on odwiedzaniu miejscowości związanych zarówno bezpośrednio z wydarzeniami biblijnymi Starego i Nowego Testamentu, jak i - o zgrozo! - z opowieściami mitologii greckiej (przywiązanie Andromedy do skały w Joppe - list 108, 7). Brak poważnej teologicznej analizy pielgrzymek daje do myślenia: duszpasterze epoki patrystycznej poprzestają raczej na akceptowaniu tego, że ruch taki istnieje; nie animują go i nie uzasadniają.

kosmate myśli pielgrzymów

Istnieją natomiast zdecydowane i dobrze umotywowane krytyki wszelkiego rodzaju pielgrzymek. Celował w nich Augustyn (na przykład w „Homiliach o ewangelii św. Jana", 10,1), a wcześniej na Wschodzie - Grzegorz z Nyssy („List II" - o pielgrzymkach do Jerozolimy). Obydwaj mistycy i duszpasterze, obydwaj biskupi. Zwracają uwagę przede wszystkim na to, że aby spotkać prawdziwego Boga, nie trzeba nigdzie się przemieszczać. Grzegorz nie przebiera raczej w słowach i zaczyna w wysokim tonie. Stara się dowieść ni mniej ni więcej, że pielgrzymek po prostu nie ma pośród Jezusowych zaleceń ewangelicznych, a ci, którzy szukają w Ewangelii uzasadnienia dla swych religijnych podróży, wprost naginają „prosty lineał" Ewangelii do krzywizny własnego życia! Musi tu tkwić jakaś ukryta polemika ze współczesnymi Nysseńczykowi poglądami, poszukującymi dla pielgrzymek biblijnego umocowania i teologicznego uzasadnienia. Grzegorz kwituje te zabiegi wprost: nie można „gwałtem zaliczać do przykazań tego, co do nich nie należy" i „samemu sobie tworzyć prawa moralne".

Na niektóre z ich zastrzeżeń reagujemy dziś raczej uśmiechem, jak na przykład na uwagę św. Grzegorza na temat niebezpiecznej konieczności sadzania kobiet na muły przez mężczyzn - co mogło być powodem do kosmatych myśli i uczynków. Z drugiej strony, podejrzliwy umysł - który zwłaszcza dzisiaj nie należy do rzadkości - zapewne niejedno by wypatrzył w pielgrzymkowej koedukacji. Równie bezpardonowo atakuje Grzegorz konieczność korzystania po drodze z różnych zajazdów i gospód, w których czyhają na wiernych wszelkie możliwe pokusy. Kto wie, może i to niepozbawione jest dziś racji? Tak czy inaczej w pielgrzymkach Grzegorz widzi coś zdecydowanie sprzeciwiającego się chrześcijańskiej powadze, stateczności i skupieniu. „Pielgrzymkowanie - pajacowanie" - zdaje się mówić Ojciec Kościoła.

Grzegorz pozwala sobie nawet na polemikę z przekonaniem, że pewne miejsca są bogatsze w łaskę od innych, co ostatecznie stanowi chyba samą istotę pielgrzymkowej religijności. Czyni to dość obcesowo, argumentując, że w tych świętych miejscach ludzie grzeszą zupełnie tak samo, jak wszędzie indziej. Kończy zaś swój wywód tymi słowami: „Przeto wy, którzy boicie się Pana, chwalcie go tam, gdzie jesteście. Albowiem zmiana miejsca nie powoduje przybliżenia Boga, lecz gdziekolwiek byś był, Bóg przyjdzie do Ciebie (…). Jeżeli zaś masz człowieka wewnętrznego pełnego złych myśli, to chociażbyś był na Golgocie i Górze Oliwnej, i pod pomnikiem zmartwychwstania, jesteś tak daleki od przyjęcia do siebie Chrystusa, jak ci, co w ogóle nie wyznawali wiary w Niego".

Zastanawiam się, czy najdobitniejszym sądem o pielgrzymkach nie jest słynne zdanie św. Augustyna z trzeciej księgi (6,11) jego „Wyznań", w którym pisze, że przez wiele lat niestrudzenie szukał Boga wszędzie, gdzie można było, by ostatecznie znaleźć Go w głębi siebie - tak głęboko, że nawet trudno to wyrazić. Intimior intimo meo - „byłeś we mnie głębiej niż wszystko to, co we mnie najgłębsze", a szczególnym dopowiedzeniem do tego zdania jest słynne motto z pierwszej stronicy „Wyznań: „Niespokojne (inquietum) jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie".

duchowe skróty

Ze szczególną ostrością kontrast między wewnętrznym charakterem chrześcijańskiej duchowości, skupionej na sakramentach i duchowym doskonaleniu, a rozproszeniem i radykalną zewnętrznością pielgrzymek uchwycił uważny czytelnik tradycji patrystycznej, autor „O naśladowaniu Chrystusa" (IV, 1, 9, w przekładzie W. Lohna i J. Łasia, Kraków 1972, s. 304-305): „Wielu podróżuje do różnych miejsc dla oddania czci relikwiom świętych; z podziwem słuchają o ich chwalebnych czynach, oglądają ich wspaniałe kościoły, całują święte kości owinięte w jedwab i złoto.

A oto tu, przy mnie na ołtarzu obecny jesteś Ty, Boże mój, święty nad świętymi, Stwórca ludzi i Pan aniołów. W takich pielgrzymkach bywa często wiele próżnej, ludzkiej ciekawości i uroku rzeczy nieznanych, lecz mało korzyści duchowej i poprawy życia, zwłaszcza gdy pielgrzymka nabiera charakteru wycieczki bez prawdziwej skruchy serca".

Pewność obecności sakramentalnej żywego Boga Tomasz a Kempis, autor cytowanych słów, przeciwstawia tu niepewności poszukiwań opartych na próżnej ciekawości i nowinkarstwu („urok rzeczy nieznanych" w powyższym przekładzie to w oryginale novitas invisorum). Ostrze krytyki ponownie kieruje się przeciwko niebezpiecznemu odwróceniu uwagi od tego, co wewnętrzne, i skierowaniu jej na to, co zewnętrzne. Wiara wymaga uzewnętrznienia, ale źle jest, gdy to nie wiara poszukuje uzewnętrznienia, ale uzewnętrznienie staje się istotą wiary.

- fragment


nasi partnerzy
    Przeznaczeni   www.rodzinna.pl